W latach 90. w Oslo powstał projekt Storm, założony przez znanych każdemu Satyra z Satyricon i Fenriza z Darkthrone, do projektu również dołączyła Kari Rueslåtten. Storm, nad czym ubolewam, wydał niestety tylko jedno wydawnictwo, Nordavind, o którym dzisiaj opowiem. Ubolewam nad brakiem większej ilości materiałów w dyskografii tego zespołu, ponieważ to, co udało im się nagrać na tym jedynym pełniaku, jest jednym z najlepszych, jak nie najlepszym połączeniem metalu i folkloru.
W niektórych momentach również można usłyszeć definitywnie zagrywki black metalowe, ale one są zdecydowanie bardziej w tle i nie dominują tego wydawnictwa. Co dodaje najwięcej klimatu temu albumowi, to to, że Storm gra swoje wersje norweskich piosenek folkowych, co w połączeniu z wpadającymi w ucho od pierwszego odsłuchu riffami i podniosłymi wokalami Fenriza daje nam nieziemsko wciągającą mieszankę. Można na pewno mówić, że najbardziej znanym kawałkiem jest tutaj Oppi fjellet, choć moim zdaniem każda jedna piosenka jest hitowa i przepełniona tym folklorem północy. A niektóre momenty są tak skoczne, że można by do nich tańczyć bez problemu.
Wokalnie możemy tutaj również usłyszeć Satyra, który gra te bardziej szorstkie i gniewne partie, przenosząc subtelnie zalążki black metalowe. Prócz tej dwójki pojawia się tutaj również wcześniej wspomniana Kari Rueslåtten ze swoimi damskimi wokalami, które robią prześwietną i mistyczną atmosferę. Jej momenty również nie pojawiają się nie wiadomo jak często, ale gdy taka chwila nadchodzi, to Kari pięknie zgrywa się z całością, scalając ją jeszcze bardziej.
Jeśli chodzi o długość tego albumu, to mamy tutaj łącznie 10 utworów, z czego dwa to instrumentalne intro i outro. Podsumowując te wszystkie piosenki, daje to nam około 33 minut muzyki, więc jest to zdecydowanie krótkie wydawnictwo. Ale ta krótka długość sprawia, że można tego słuchać na okrągło i za każdym jednym razem będzie wchodzić bez popity.
Z ciekawostek, to w 9. piosence Noregsgard został użyty praktycznie ten sam riff co w wydanym parę miesięcy później Panzerfaust i utworze Quintessence. Jest to album jedyny w swoim rodzaju, nigdy więcej od momentu pierwszego razu, gdy usłyszałem Nordavind, nie udało mi się znaleźć tak zgranej fuzji metalu i folku.
Niestety na tym jedynym pełniaku historia Storm się kończy. Kari powiedziała, że nagra wokale, jeżeli nie zostaną uwzględnione żadne ekstremalne treści/teksty na tym albumie. Jednak po wydaniu w 1995 Nordavind wyszło, że Fenriz z Satyrem w tekście Oppi fjellet napisali o rozczłonkowywaniu chrześcijanina siekierą w górach i okropnej śmierci, która ma spotkać każdego, kto nie hailuje ojczyźnie. Kari szybko uraziła się tym faktem i odeszła z zespołu. Po jej odejściu Storm rozpadł się i ten jeden pełnograj to jedyny dobytek, jaki nam został.
Spectral Projection Unit / No. 1994
Pewnie można było znaleźć kogoś mniej wrażliwego na miejsce Kari, ale do tego nie doszło i historia ta, jak szybko i płomiennie się zaczęła, tak szybko się skończyła. Myślę, że nawet gdyby chłopaki stwierdzili, że nagrywają coś jeszcze pod tym szyldem, to i tak nie udałoby im się zbliżyć do tego, co osiągnęli 31 lat temu. Myślę, że po przeczytaniu tej recenzji nie muszę mówić, że polecam każdemu obowiązkowo ten album, bo jak już raz was porwie ten wir norweskich gór i pełni księżyca, to na pewno łatwo nie odpuści.